Zajmował się sprawą Giertycha, został zatrzymany. Mnożą się wątpliwości
Prokuratura Rejonowa w Piasecznie postawiła dziennikarzowi Leszkowi K. zarzuty kierowania gróźb karalnych oraz nielegalnego posiadania broni. Wobec podejrzanego skierowano do sądu wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania.
Leszek K. jest kojarzony z "medialną krucjatą", którą prowadził wobec posła Koalicji Obywatelskiej Romana Giertycha. K. zarzucał politykowi przestępstwa popełnione wobec spółki Polnord i krytykował umorzenie śledztwa w tej sprawie.
Wobec dziennikarza skierowano wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania. We wtorek sąd w Piasecznie wydał zgodę na ten środek zapobiegawczy.
Wątpliwości wokół zatrzymania dziennikarza
Jak podaje portal niezalezna.pl, w sprawie K. mnożą się wątpliwości. Obrońca dziennikarza miał mieć utrudniony dostęp do akt postępowania oraz do swojego klienta.
Posiedzenie aresztowe rozpoczęło się we wtorek o godzinie 10.00. Informację o tym fakcie pełnomocnik otrzymał na kilka minut przed jego rozpoczęciem. Obrońca nie został również skutecznie poinformowany o zatrzymaniu redaktora oraz o przeszukaniu w jego domu, które miało miejsce w sobotę 6 czerwca.
Prokuratura podjęła jedną, nieskuteczną próbę dodzwonienia się do adwokata. Mecenas nie mógł jednak odebrać. Później wielokrotnie dzwonił do siedziby prokuratury, jednak nikt nie odbierał.
Groźby wobec K.
Sam dziennikarz alarmował, że w ostatnich dniach stał się ofiarą gróźb, które policja zignorowała.
"Jakiś koleś w Piasecznie machał mi nożem przed facjatą (w drugiej ręce miał pojemnik z gazem łzawiącym) i powtarzał: «Zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi. Masz 7 dni na opuszczenie kraju, a jak nie to cię dojedziemy. Wywalimy cię z domu. Zajebiemy. Spierdalaj do Albanii». – Dźgnę cię, a jak przyjedzie policja, powiem, że się na mnie rzuciłeś i że to było w obronie własnej. Policja przyjechała po moim zgłoszeniu po... trzech godzinach. Spisała gościa, który był tak pewny siebie, że siedział sobie jakby nigdy nic w mieszkaniu, i... puściła go wolno. Koleś oświadczył, że nic takiego nie powiedział. Serio" – pisał K. na swoim koncie na platformie X.
" na zagranicznym serwerze. Nie do usunięcia. Mamy nagrane nawet twoje kłótnie z żoną, twoje SMS-y. Wszystko mamy. Wiemy, że leczyłeś się na depresję i CHAD. Wiemy, że pisałeś do żony, że masz wszystkiego dosyć i chcesz popełnić samobójstwo. Wszystko o tobie skurwysynu wiemy. Wszystko opublikujemy, a Piński nam w tym pomoże. Wiemy nawet gdzie mieszka twoja dorosła córka Natalia. Odpierdol się od Pińskiego i Giertycha. 20 lat ci się udawało, ale to już koniec. Zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi. Albo wypierdolisz do Albanii i się zamkniesz albo jesteś skończony. Nikt ci już nie uwierzy. Ludzie dowiedzą się, że jesteś świrem" – pisał dalej K.
Jak podaje portal, K. miał czekać na przybycie policji aż 3 godziny. Dziennikarze wskazują także, że areszt jest związany z informacją w policyjnych rejestrach, gdzie K. figurował jako osoba poszukiwana. Jak do tego doszło?
Kilka miesięcy wcześniej K. wdał się w internetowy spór z Janem Pińskim, który złożył prywatny akt oskarżenia wobec dziennikarza, oskarżając go o zniesławienie. W tym samym czasie K. przebywał w Albanii, gdzie wyjechał w celu psychicznej regeneracji po niepokojonych wydarzeniach: ostrzelaniu jego samochodu. Piński zaczął rozpowszechniać w sieci informację, że K. ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości. Sędzia prowadzący sprawę wydał postanowienie o ogólnopolskim poszukiwaniu dziennikarza. Co dziwne, w sprawach o zniesławienie, które z natury rzeczy mają charakter prywatny, nie wydaje się postanowień o poszukiwaniu pozwanego. Sąd tłumaczy całą sytuację "błędem w dokumentacji".